Luksusowa fasada, a na zapleczu pożar. Dlaczego contact center to wciąż „chłopiec do bicia”?

Przeglądając branżowy LinkedIn czy słuchając wystąpień na konferencjach poświęconych CX[4] lub słuchając webinarów, można odnieść wrażenie, że żyjemy w złotej erze obsługi klienta. Mówi się o „centrach kompetencji”, „strategicznym hubie wiedzy” i „budowaniu relacji”. To piękna narracja. Problem w tym, że dla każdego, kto choć raz widział tabelkę P&L (zysków i strat) dużej korporacji lub spędził godzinę w słuchawkach na “open space”, brzmi ona jak bajka o żelaznym wilku. Rzeczywistość skrzeczy – i to zazwyczaj głosem wkurzonego klienta, który od 20 minut wisi na linii.

W idealnym świecie, o którym tak chętnie czytamy w eksperckich analizach, Contact Center[1] (CC) jest mózgiem operacji. To tam spływają dane, tam rodzą się insighty, a technologia magicznie łączy potrzebującego z ekspertem. Jednak gdy zdejmiemy ten lukier, ukaże się nam obraz, który z “centrum doskonałości” ma niewiele wspólnego. Czego nie mówią głośno ewangeliści branży, a co jest chlebem powszednim dyrektorów operacyjnych?

Mit kompetentnego klona, czyli karuzela kadrowa

Największym kłamstwem branży jest teza o stabilnym, eksperckim zespole, który jest w stanie zastąpić mityczną przeciętnego Kowalskiego na słuchawce. W teorii systemy i procedury mają sprawić, że wiedza jest własnością firmy, a nie pracownika. W praktyce? Contact Center to w Polsce wciąż najczęściej “galera”.

Rotacja[2] pracowników (churn) w tej branży potrafi sięgać od 30 do nawet 100 proc. rocznie. O jakim „gromadzeniu doświadczenia” i „eksperckości” możemy mówić, gdy średni staż konsultanta to kilka miesięcy? Zanim pracownik nauczy się meandrów oferty i systemów, zazwyczaj już go nie ma, bo wypalił się psychicznie lub znalazł pracę za 500 zł więcej w Żabce. Zastępuje go kolejny student, który traktuje to zajęcie jako „przezimowanie”. W efekcie zamiast armii profesjonalnych doradców, mamy armię zestresowanych nowicjuszy czytających z kartki, których jedynym celem jest przetrwanie do końca zmiany. To nie jest zarządzanie wiedzą. To jest zarządzanie chaosem.

„Multiskilling” to eufemizm na wyzysk

Kolejny modny frazes: wielozadaniowość. W narracji menedżerskiej brzmi dumnie – konsultant, który obsłuży czat, odbierze telefon i jeszcze sprzeda ubezpieczenie. W praktyce „multikompetencyjność” to często desperacka próba łatania dziur kadrowych i budżetowych.

Wrzucanie konsultantowi na głowę trzech różnych procesów nie tworzy z niego renesansowego człowieka obsługi. Tworzy z niego osobę permanentnie przeciążoną poznawczo, która w żadnym z tych obszarów nie będzie dobra. Jeśli ktoś jest od wszystkiego, to zazwyczaj jakość jego pracy jest do niczego. Ale w Excelu słupki się zgadzają – jeden etat (FTE) “obrabia” trzy kolejki. Tyle że klient po drugiej stronie czuje, że rozmawia z kimś, kto nie ma pojęcia, co robi, a jedynie żongluje otwartymi oknami w przeglądarce.

Technologia przeciwko człowiekowi, nie dla niego

Wiele mówi się o „magii routingu” i inteligentnych systemach. Owszem, technologia w CC jest potężna, ale czy na pewno służy klientowi? Z perspektywy dzwoniącego te „zaawansowane systemy” to najczęściej cyfrowy mur obronny. Rozbudowane drzewa IVR[3] („wciśnij 7, jeśli urodziłeś się w rok przestępny”) nie służą lepszemu dopasowaniu, ale zniechęceniu klienta do kontaktu.

Firmy inwestują miliony w boty i automatyzację nie po to, by klient miał “lepsze doświadczenie”, ale po to, by zredukować kosztowny czynnik ludzki. To strategia deflection – odbicia piłeczki. Klient nie ma czuć się zaopiekowany; ma się poddać i poszukać odpowiedzi w FAQ. Nazywanie tego „nowoczesną obsługą” to cynizm. To fasadowa dostępność.

Cost Center, czyli Excel nie ma serca

Na koniec najważniejsze – pieniądze. Możemy pisać peany o strategicznej roli Contact Center, ale dla większości Zarządów to wciąż jest Cost Center – centrum kosztów, zło konieczne. Dział, który nie przynosi bezpośredniego zysku (chyba że sprzedaje), a generuje ogromne faktury za technologię i ludzi.

Dlatego dyrektorzy CC są w ciągłym rozkroku. Z jednej strony słyszą od HR-u i PR-u o „budowaniu relacji” i klientocentryczności, a z drugiej CFO (dyrektor finansowy) tnie im budżet o 10% i pyta, dlaczego rozmowy trwają tak długo. W tym starciu wizja strategiczna zawsze przegrywa z twardą ekonomią. Konsultant ma rozmawiać krócej, a nie lepiej. Ma “zamknąć ticket”, a nie rozwiązać problem życiowy klienta.

Czas na brutalną szczerość

Przestańmy udawać, że contact center to sterylne laboratorium innowacji. To najczęściej ciężka, fizyczna i psychiczna praca na pierwszej linii frontu, gdzie ścierają się nierealne oczekiwania zarządów z frustracją klientów. Dopóki firmy nie zrozumieją, że prawdziwa jakość kosztuje – i to kosztuje dużo: w godnych pensjach, w stabilnym zatrudnieniu, w pozwoleniu na dłuższą, ludzką rozmowę – wszelkie opowieści o „centrach kompetencji” będą tylko ładnie brzmiącą teorią. A na zapleczu pożar jak trwał, tak będzie trwał.

Słownik
1. Contact Center. wydzielona z organizacji jednostka zajmująca się ogółem kontaktów z klientami przedsiębiorcy poprzez nieograniczoną ilość dostępnych kanałów kontaktu. Do…
2. Rotacja. (rotacja personelu) zwana także rotacją kadr lub rotacją pracowników, to proces, w którym pracownicy zmieniają stanowiska pracy wewnątrz…
3. IVR. system teleinformatyczny umożliwiający interaktywną obsługę połączeń przychodzących. Klient przechodzący przez drzewo IVR po wysłuchaniu nagranych wcześniej komunikatów dźwiękowych…
4. CX. Zobacz customer experience. Total 0 Shares Share 0 Tweet 0 Pin it 0 Share 0
Add a comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *