Nikt z pracowników nie zachował się tak, jak przystało. Zamiast wezwania pogotowia dla wyraźnie chorego klienta – wezwano Policję. Ochrona pilnowała, aby 70-cio letni holender, klient stacji, nie mógł wyjść z orlenowego sklepu. Zabrano mu kluczyki do samochodu i czekano na przyjazd Policji. Brakującą opłatę uiściło małżeństwo Białorusinów, które wezwało i przypilnowało przyjazd karetki.

Dla pracowników stacji ważniejsze było ściągnięcie brakującej (20 Euro) opłaty za paliwo niż życie – a przynajmniej zdrowie - klienta.

Rzecznik prasowy Orlenu przyznał, że do sytuacji rzeczywiście doszło. Z zeznań światków wynika, że pracownicy powątpiewali w ciężki stan zdrowia klienta. Nikt z nich nie wezwał karetki pogotowia, choć zdrowy rozsądek podpowiadałby właśnie takie zachowanie w sytuacji, gdy 70-cio letni mężczyzna w trakcie obsługi mdleje. Zabrano klientowi kluczyki do samochodu i wezwano Policję. Świadkowie zdarzenia, twierdzą, że pracownicy utrudniali wezwanie karetki pogotowia i wprowadzali w błąd osoby, które chciały udzielić pomocy medycznej (odmawiali nawet podania adresu stacji).

Choć rzecznik prasowy Orlen zaprzeczyła takiemu przebiegowi zdarzeń na stacji, tak naprawdę potwierdziła, że zeznania świadków są prawdziwe.

Mężczyzna po przyjeździe karetki został natychmiast przetransportowany do Szpitala. OMZRiK zapowiedział, że składa zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa poprzez nieudzielenie pomocy osobie znajdującej się w bezpośrednim zagrożeniu życia i zdrowia, utrudnianie wezwania pomocy i ksenofobiczne zdania wypowiedziane wobec obywateli Białorusi.

Orlen widzi to inaczej:

"Po dokonaniu dokładnej weryfikacji wydarzeń na podstawie zapisu monitoringu oraz rozmów z pracownikami stacji paliw ustaliliśmy rzeczywisty przebieg.

Klient, który poruszał się pojazdem na holenderskich rejestracjach po zatankowaniu auta podjął próbę zapłaty za paliwo kartą płatniczą. Po kilku próbach wprowadzenia błędnego PIN-u przez klienta jego karta została zablokowana. Pracownicy stacji próbowali porozumieć się z klientem zarówno w języku angielskim, jak i za pomocą aplikacji tłumacza w telefonie. Niestety komunikacja była utrudniona, gdyż klient bardzo zdenerwował się sytuacją z zablokowaniem karty płatniczej. W momencie jego zasłabnięcia, niezwiązanego w żaden sposób z zachowaniem pracowników stacji, została udzielona mu pomoc, a pracownik stacji podał klientowi wodę oraz podjął próbę ustalenia czy potrzebuje on innego rodzaju wsparcia.

Klient nie stracił przytomności i cały czas był z nim kontakt, z którego nie wynikało, że potrzebuje on pomocy medycznej. Z uwagi na problem bariery językowej pracownicy stacji zdecydowali się na wezwanie policji wyłącznie w celu ustalenia tożsamości i nawiązania kontaktu z rodziną, znajomymi klienta lub innymi osobami mogącymi pomóc w rozwiązaniu sytuacji.

Warto podkreślić, że autor opisujący zdarzenie w mediach społecznościowych zjawił się na stacji niemal pół godziny po zasłabnięciu klienta i nie był bezpośrednim świadkiem zdarzenia oraz działań podjętych przez pracowników stacji, którzy pomagali klientowi i próbowali nawiązać z nim komunikację.

Wyjaśniamy, że przybyli medycy nie podjęli żadnej akcji ratującej życie. Klient o własnych siłach opuścił stację i udał się do karetki, która po kilku minutach odjechała z nim z terenu stacji bez używania sygnałów świetlnych i dźwiękowych. Następnego dnia, tj. 4 stycznia br. klient został przywieziony na stację przez funkcjonariuszy policji i samodzielnie ruszył w dalszą podróż.

Pragniemy pokreślić, że pracownicy stacji paliw zachowali się w powyższej sytuacji w sposób jak najbardziej właściwy, a podjęte przez nich działania były adekwatne do przebiegu wydarzenia. Cała sytuacja została udokumentowana za pomocą urządzeń monitoringu i może zostać okazana odpowiednim służbom".

Pracownicy stacji Orlen nie powiązali zasłabnięcia mężczyzny ze swoim zachowaniem i całą, stresującą dla klienta sytuacją.  Rzecznik prasowa podkreśliła nawet, że zasłabnięcie nie było związane w żaden sposób z zachowaniem pracowników stacji, a pomoc, jaka została udzielona klientowi polegała na wręczeniu mu wody i ustaleniu, czy potrzebuje dodatkowej pomocy. Z opisu świadków wynika, że mogło dojść do utraty przytomności wyłącznie w wyniku stresującej dla klienta sytuacji. W połączeniu z komentarzami, jakie miały paść z ust pracowników stacji – mogło to być bardzo prawdopodobne.

Poniżej publikujemy opis zdarzenia, jaki przesłał Aliaksandr Atroshchankau do Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, który nagłośnił opisywaną sprawę.

"Wprowadzisz 3 razy nieprawidłowy PIN, bo się denerwujesz, karta się blokuje. Nie masz gotówki, żeby zapłacić... Nieprzyjemna sytuacja, ale z każdym może się zdarzyć. Czasem, jednak może to kosztować życia.

Wczoraj podczas wizyty stacji benzynowej jednej z największych sieci zostałem świadkiem okropnej sytuacji, w której brak empatii, ludzkiego podejścia i zwykłej normalności, zastąpionej formalnościami i dupochroniarstwem dosłownie zabija. Starszy pan z jakiegoś powodu trzykrotnie źle wprowadził PIN, próbując zapłacić za tankowanie. Zdarza się. Zamiast tego, żeby jakoś spróbować jakoś to uregulować, pracowniczka stacji coraz głośniej mówiła do pana «Siedemdzesąt euro! Siedemdziesiąt euro!! Siedemdziesiąt euro!!!». Kiedy zmieniłem dziecku pieluch i wyszedłem z toalety, starszy pan już siedział na kanapie. Zapytałem pracownicę stacji, czy mogę pomóc w tej sytuacji – przetłumaczyć czy coś. Powiedziała, że, ten pan stracił przytomność, ale teraz wszystko jest OK. Wygląd starszego pana, który siedział na ławce, okrężny pracownicami stacji w postaci ochroniarzy, z pracownikiem stacji, blokującym wyjście — żeby nie uciekł, nie mówił, że jest OK. Trzęsły się mu ręce. W ogóle wyglądał zagubionym, przestraszonym, rozkojarzonym. Podszedłem do niego i zapytałem, czy potrzebuje pomocy, w tym medycznej. Nie mogliśmy się porozumieć, pan nie mówi w języku polskim, angielskim ani w innych, którymi sie posługuję (później okazało się, że jest holendrem). Próbowałem komunikować z nim przez Google translate, ale nie był w stanie przeczytać z ekranu. Wręczyłem mu smartfona, sugerując, żeby napisał coś w swoim języku – nie był w stanie napisać ani jednej litery. Znowu zwróciłem się do pracownicy stacji z pytaniem, co z tym zrobią. Ponownie stwierdziła, że wszystko jest załatwione, że jedzie po pana karetka pogotowia. Ale coś nie dawało spokojnie jechać dalej. Postanowiliśmy z żoną, że zaobserwujemy jeszcze parę minut. To była dobra decyzja, bo okazało się, że kłamali nam o wezwaniu karetki, bo wyzywali nie pogotowie A TYLKO POLICĘ.

Na nasze pytanie: dlaczego nie wezwane pogotowie dla osoby w wieku ok. 70 lat, która mdleje i ewidentne wygląda niezdrowo – powiedziano nam, że wszystko z ich strony zrobiono dobrze: zabezpieczone nagranie z monitoringu, wezwana policja, kopie wszystkich odmów z płatności kartą są – wszystko zgodnie z rozkazem kierowniczki. Na nasze zapotrzebowanie niezwłocznie wezwać pogotowie była odmowa: «Nie jestem gotowa do takiej odpowiedzialności – pan wyzywa, jeśli sobie życzy».

Powiedziano również znane każdym obcokrajowcu: «Po co tu przyjechaliście?». Kiedy ja zacząłem dzwonić na pogotowie – pracownicy stacji odmówili nawet w podaniu adresy stacji, co jeszcze na 2-3 minuty wydłużyło czas oczekiwania karetki, bo musiałem pójść na zewnątrz i rozejrzeć się.

Karetka przyjechała dość szybko. Po minimalnych formalnościach z policją i pogotowiem, kłopotami z tłumaczeniem itd. zbadali tego pana i powiedzieli, że muszą niezwłocznie zabrać go do szpitala, bo stan jest tak zły, że nie mogą nawet czekać, aż policja sprawdzi go tożsamość (sam był nie w stanie podać nazwiska – tylko imię). Powiedziały, że w jego stanie liczą się minuty. Dla pracownic stacji liczyło się, jednak, coś inne. Bo brakowało panu 20 euro, żeby zapłacić gotówką." Aliaksandr Atroshchankau